Jola & Lukasz – dookola swiata
Around the World in Five Months

sie
08

Czwartek 5 sierpnia – o 19.30 samolot lini Ryanair z Jola na pokladzie dotknal plyty lotniska w Katowicach Pyrzowicach.

W czwartek, wieczorem kiedy Jola przyleciala z Dublina do Pyrzowic nasza podroz oficjalnie zostala uznana za zakonczona. Po prawie piecioletniej przerwie wrocilismy do Polski. Teraz czeka nas aklimatyzacja do nowych warunkow. Mamy nadzieje ze wszystko pojdzie sprawnie i bez wiekszych problemow. O tym, jak to wszystko bedzie wygladalo w rzeczywistosci - przekonamy sie juz niebawem. Oby to bylo miekkie ladowanie. Zreszta, nie ma co sie martwic na zapas bo zycie i tak wszystko samo zweryfikuje. Narazie skupiamy sie na urzadzaniu naszego mieszkania i powoli rozgladamy sie za praca.

Chcielismy jeszcze raz podziekowac wszystkim tym ktorzy podczas naszej podrozy sercami byli z nami, ktorzy nas wspierali i dopingowali. Kochani wielkie, wielkie dzieki, nasza podroz byla wyjatkowa rowniez dzieki temu, ze moglismy sie na lamach tego bloga dzielic z Wami naszymi przygodami.  

Nie ma szczescia dla czlowieka jezeli sie nim z drugim czlowiekiem podzielic nie moze

Jozef Ignacy Kraszewski

 

lip
20

Sobota 18 lipca – po 36 godzinach doturlalismy sie do Gliwic

Jedziemy. W sumie to jechalismy, bo od kilku dni – dokladnie to od sobotniego poranka – jestem już w domu :-) . Ale po kolei, z Dublina wyjechalismy o godzinie 19.30 spod siedziby banku Ulster Bank na George Quay. Jak tylko dojechalismy do portu, czyli po jakis 15min :-) zaczal padac deszcz, co nie powinno nikogo specjalnie dziwic, no bo przeciez wciaz byliśmy w krainie deszczowcow. Wraz z autobusem zaokretowalismy sie na prom nazwany na czesc powiesci Jamesa Joyca -Ullysses. Opuscilismy autobus i poszlismy na poklad numer 9 aby tam przeczekac podroz. Na dziewiatym pokladzie znajdowala sie poczekalnie, kilka knajpek, salonow gier i sklep bezclowy, taki sam jakie znajduja sie na lotniskach. Podroz przez morze celtyckie miala trwac około 3,5 godzin, ale poniewaz na morzu rozpetal sie sztorm nie moglismy dobic do portu. Dopiero około 2.30 nad ranem kiedy morze troche sie uspokoilo, Ullysses dobil do portu w Hollyhead. Mielismy wiec 2 godzinne opoznienie, wiec kierowca czym predzej zjechal z na lad i bez zbednego ociagania udalismy sie w dalsza droge, az na drugi kraniec wyspy do miescowosci Dover, aby z tamtad eurotunelem przelroczyc ciesninie kaletanska. Do Dover dojechalismy wczesnym przedpoludniem. Nasz autobus wjechal do wnetrza pociagu, ktory przypominal bardzo, bardzo dlugo naczepe tira-chlodni. Kiedy zatrzymalismy sie w jednym z skladow pociagu, można było wyjsc z autobusu na waski (na oko około 1 metrowy) korytarzyk jaki utwozyl sie pomiedzy sciana autobusu a wewnetrzna sciana wagonu pociagu. Niemozna było jednak stawac pomiedzy samochadami, aby naprzyklad podczas naglego hamowania pociagu nie zostac przez przesuajace sie samochody zmiazdzony. Oprocz tego we wnetrzu pociagu nie można było palic ani robic zdjec z lampa blyskowa. Pociag ruszyl, zanim jednak wjechal do tunelu, przez kilka minut jechal na powierzchni, co można było obserwowac przez malutkie okienko, przy jakim udalo mi sie stanac. Pociag zaczal przyspieszac i nagle za oknem zrobilo sie calkiem ciemno, wjechalismy w tunel, aby już po chwili znalesc sie pod dnem ciesniny kaletanskiej. Dziwna to uczucie, kiedy jedzie sie w tunelu gdy nad glowa ma sie tysiace litrow morskiej wody. Nie wiem czy od predkosci pociagu, czy tez od glebokosci na ktorej sie znajdowalismy zatkaly mi sie uszy. Przeprawa przez kanal trwla około 45min. Za oknem znow zrobio sie jasno. Na tle blekitnego nieba swiecilo slonce. Tak, z cala pewnoscia opuscilismy deszczowe wyspy brytyjskiè – byliśmy we Francji. Autobus wyjechal z pociagu i pojechalismy w dalsza droge. Potem wszystko toczylo sie dosc szybko – Francja, Belgia, Holandia, Niemcy i Polska. Granice już dawno zostaly zlikwidowane, wiec o tym ze wjezdzamy na terytoriach innego Panstwa, dowiadywalem sie z powitalnych smsow, ktore informowaly ze roaming jest wciaz aktywny. Do Gliwic – skad odebral mnie moj Ojciec – dojechalismy o 7.30, czyli dokladnie po 36 godzinach jazdy. Ufff :-)

lip
18

Czwartek 15 lipca, ostatni dzien w Dublinie

Ten wpis nie będzie dotyczyl bezposrednio naszej okolo ziemskiej petli, ale poniewaz plan podrozy dookoła swiata zakladal – po jej zakonczeniu – krotki pobyt w Irlandii i dopiero potem powrot do Polski, to można zalozyc ze niejako posrednio sie z nia laczy.

No i w koncu nastal ten moment ze trzeba pozegnac sie z zielona wyspa, az trudno uwierzyc ze spedzilismy tutaj prawie 5 lat (5 lat uplynelo by 5 pazdziernika). Teraz bogatci o solidny bagaz doswiadczen – wracamy…Jak będzie w Polsce? Tego nikt nie wie…mamy nadzieje ze uda nam sie odnalesc w nowej rzeczywistosci i wszystko jakos sie ulozy. Ja wracam już dzisiaj – Jola za dwa tygodnie. Postanowilismy ze wrocimy na raty z kilku powodow. Po pierwsza mamy do zalatwienia kilka spraw których pierwszy etap trzeba zalatwic z Irlandii a drugi z Polski. Wszystko co było do zalatwienia w Irlandii pozalatwialismy ale znajac irlandzka opieszalosc i generalne olewanie wszystkiego to lepiej będzie jak Jola będzie pilnowala wszystkiego z Irlandii kiedy ja będę kontynuowal zalatwianie reszty spraw w Polsce. Tak na wszelki wypadek, gdyby jakis irlandzki urzednik skacowany po ciezkim weekendzie lub oczekujac na kolejny weekend, zapomnial czegos wypelnic, uzupelnic lub wyslac:-). Lub gdyby jakies dokumenty po prostu zaginely w ferworze urzedniczych rozmow o tym jak to Thierry Henry, recznie wyeliminowal Irlandie z wystepow w Mistrzostwach Swiata :-) . Zawsze lepiej zalatwiac takie sprawy osobiscie bo z doswiaczenia wiemy ze zalatwianie spraw na telefon delikatnie mowiac w irlandzkich urzedach nie specjalnie dziala. Oprocz tego wciaz ubiegamy sie o odszkodowanie za skradziony w Peru laptop i z tych samych powodow jak poprzednio lepiej będzie jak Jola dopilnuje wszystkiego z Irlandii. Ja w tym czasie będę mogl zaczac bawic sie z remontem w naszym mieszkanku.

A wiec jak już wspomnialem wczesniej, dzisiaj wracam do domu. Wracam co prawda dzisiaj ale będę na miejscu dopiero w sobote rano:-). Czemu? A no bo wracam autobusem:-). Mileismy do zabrania mnostwo rzeczy, których przewoz w samolocie bylby strasznie drogi, wiec wybralem autobus i za kazda dodatkowa torbe zaplacilem tylko 10e. I powiem Wam ze nawet sie ciesze ze jade a nie lece. Po pierwsze znow przeplyne w szerz morze celtyckie, po drugie przejade pociagiem przez eurotunel no i przez ten wydluzony powrot do domu poczuje sie jakbym wciaz byl w okołoziemskiej podrozy :-) .

lip
12

 Poniedzialek 12 lipca – mija drugi tydzien pobytu w Irlandii

Czyzby spiewajacy te slowa Janusz Panasewicz mieszkal kiedys w Dublinie? W Polsce podobno lato a tutaj wciaz leje…Tak sobie pomyslalem ze chociaz nasza podroz dookola swiata juz sie zakonczyla, to wciaz jestesmy poza domem. Wciaz spimy w hostelach a za szafe sluza nam lezace na podlodze plecaki :-) . Wiec w sumie mozna powiedziec ze podroz wciaz trwa. Pisanie tego bloga tak bardzo mi sie spodobalo, ze zastanawiam sie co bede robic po powrocie do Polski, kiedy nasza podroz ostatecznie dobiegnie konca? Szczegolnie przyjemne bylo sledzenie ilosc odwiedzajacych nas osob – mozecie uwiezyc ze podczas naszej podrozy, codziennie na naszych stronach goscilismy srednio okolo stu osob? Musze sie pochwalic ze pewnego dnia zainstalowany na blogu licznik doliczyl sie 541 odwiedzin :-) . Korzystajac z okazji, bardzo, ale to bardzo dziekuje ze na niego zagladaliscie. Co tam u nas? Ogolne bieganie, od kiedy przyjechalismy do Dublina – w sumie to powinno byc przyplynelismy, bo do Dublina wplynelismy na pokladzie promu :-) – non stop biegamy po urzedach. Nie ma co, troche tej papierkowej roboty przed wyjazdem jest. Oprocz tego odwiedzamy znajomych i tak leci. Az trudno uwierzyc jak szybko – nawet sie nie spostrzeglismy a to juz od dwoch tygodni jestesmy w Irlandii. Co tam jeszcze oprocz tego? A wiec wczoraj – i tutaj chyba nie bylismy specjalnie oryginalnie – ogladalismy finalowy mecz Mistrzostw Swiata w pilce noznej :-) .

lip
09

Sobota 26 czerwca – opuszczany Londyn

Po kilkudziesieciogodzinnym pobycie w Londynie, dzisiaj o 18.00 go opuscilismy na pokladzie autobus lini Euroline udalismy sie w strone szmaragdowej wyspy. Dlaczego wybralismy autobus, a nie samolot? To proste – bylo taniej:-). Dalekobiezne podroze autobusem zawsze mnie przerazaly a wizja spedzenia ponad 10 godzin we wnetrzu autobusu była nie do przyjecia. Natomiast po tych wszystkich autobusowych trasach w Ameryce Poludniowej jestesmy tak zaprawieni w boju, ze 12 godzinna podroz z Londynu do Dublina wydaje sie jak przejazdzka podmiejskim autobusem :-) . I wiecie co – porozowanie autobusem spodobalo mi sie bardziej niż samolotem. Po pierwsze nie trzeba przechodzic tych wszystkich kontroli bezpieczensta, skanerow, przeswietlen, sciagania butow i paskow u spodni. Po drugie nie trzeba sie martwic restrykcjami zwiazanymi z waga i wymiarami bagazu. Można rozkoszowac sie widokami za oknem, no i co najwazniejsze powietrze w autobusie nie ma tego wstretnego zapachu i nie wysusza tak strasznie skory jak mieszanka podawana do oddychania w samolotach. Apropos widokow – dzisiaj po raz pierwszy udalo nam sie zajac miejsce na pierwszych fotelach, zaraz za kierowca i az do zachodu slonca moglismy podziwiac angielskie pejzaze. Czasu było sporo bo slonce zniknelo za horyzontem około 22.00. W porownaniu z Rio de Janeiro, gdzie slonce zachodzilo około 17.00, dzien był dluzszy o dobre kilka godzin. Po drodze zatrzymalismy sie w Birmingham, aby z tamtejszego dworca zabrac kilku podroznych. Kilka minut po 1 nad ranem dojechalismy do portu w Hollyhead, z którego o 2.00 na pokldzie promu StenaLine odplynelismy w strone Dublina. Podczas rejsu, wszyscy musieli opuscic autobus i przejsc do strefy pasazerskiej, na ktorej było kilka barow (za ktory – gdyby sie chcialo z niego skorzystac – trzeba było placic osobno) z alkoholem i lekkimi przekaskami oraz poczekalnia. W jej wnetrzu udalo nam sie znalesc wyglodna kanape na ktorej przespalismy prawie cala trzygodzinna przeprawe przez morze celtyckie. Obudzielismy sie dopiero kiedy prom cumowal przy brzegu. Zeszlismy na poklad na ktorym stal nasz autobus i wraz z nim opuscilismy prom kierujac sie w strone centrum Dublina. Podroz nie trwala dlugo :-) po okolo 5 minutach bylismy pod dublinskim dworcem autobusowym. Wypakowalismy nasze bagaze i skierowalismy sie w strone hostelu, ktory zarezerwowalismy sobie jeszcze z Brazylii. Chociaz ostatnich kilka miesiecy spedzilismy w hostelach, nigdy jeszcze nie nocowalismy w hostelu w Dublinie. Dzisiejsza noc bedzie pierwsza :-) .

Pasy bezpieczenstwa w autobusie, dobre co?

Angielska autostrada

Port w Holyhead

Kolejne interesujace miejsce do spania :-)

lip
08

Piątek 25 czerwca – pierwszy dzien w Londynie

No i wrocilismy do Europy :-) . W piatkowe popoludnie szczesliwie wyladowalismy na londynskim Heathrow. Po raz pierwszy mialem problemy z uszami podczas ladowania. Nie wiem jakim cudem, ale podczas ostatniego dniu pobytu w Rio de Janeiro, nabawilem sie kataru :-) . Do samolotu weszlem wiec z zatkanym nosem…w sumie nic wielkiego i caly lot uplynal bez wiekszych niedogodnosci. Problemy jednak zaczely sie kiedy zaczelismy tracic wysokosc, podchodzac do ladowania. Mialem uczucie ze za chwile cisnienie rozerwie mi bebenki w uszach. Po wyladowaniu nie slyszalem nic na prawe ucho, nie pomagalo ani podskakiwanie, ani zatykanie i odtykanie ucha dlonia. Powoli zaczynalem sie martwic ze to cos powazniejszego. Dzieki Bogu, po kilku dniach wszystko wrocilo do normy. Ale wrocmy do Londynu :-) . Z lotniska metrem podjechalismy na Victoria Station, a nastepnie na Park Royal, skad odebral nas wspollokator naszych znajomych, bo oni sami byli jeszcze w pracy. Wspolnie poszlismy do ich domu. Po calonocnym locie nie marzylismy o niczym innym jak tylko o goracej kapieli. Na gospodarzy nie musielismy dlugo czekac – wrocili z pracy moze z jakas godzinke po nas. Reszta dnia uplynela nam na pogaduchach przy polskim piwku, ktore swoja droga w Angli jest duzo tansze niz w Irlandii :-) . Posiedzielismy moze do 23.00, po czym poszlismy spac. Bylismy tak zmeczeni i podroza i upalem (dzisiaj w Londynie bylo tak goraco ze w wagonach metra nadawano komunikat zeby nie opuszczac domu bez wody do picia) ze bardzo szybko zasnelismy.

Od lewej: Jola, Marta, Karolina, Lukasz i Marcin. Drugi Lukasz czyli ja z drugiej strony obiektywu :-)

Gdzies w oddali stadion Wembley :-)

lip
07

Czwartek 24 czerwca – ostatni dzien w Brazylii

Kiedy w polowie stycznia czekalismy na pierwszy, rozpoczynajacy nasza podroz lot, data powrotu wydawala sie strasznie odlegla, prawie nieosiagalna. Niestety, czas ma to do siebie ze ucieka bardzo szybko, przyspieszajac szczegolnie wtedy, kiedy dobrze sie bawimy. Az trudno uwierzyc jak te piec miesiecy przelecialo. To juz wlasciwie koncowka naszej podrozy. Dzis wieczorem opuscimy Ameryke Poludniowa i po kilkumiesiecznej przerwie wracamy do Londynu, do ktorego powinnismy doleciec – uwzgledniajac zmiane czasu – w piatkowe popoludnie. W Londynie odwiedzimy znajomych, u ktorych zatrzymiemy sie na noc, a w sobote ruszamy do Dublina :-) , aby tam pozamykac wszystkie nasze sprawy przed wielkim powrotem do Polski. Jak dlugo tam zostaniemy narazie jeszcze nie wiemy (sadze ze okolo 2, moze 3 tygodni) – wszystko zalezy od tego jak dlugo zejdzie nam na pozalatwianie wszystkiego. Mam nadzieje ze wszystko pojdzie gladko i nie bedziemy musieli siedzic tutaj za dlugo.

Ale wrocmy do ostatniego z egzotycznych dni naszego podrozowania. Dzisiaj wstalismy bardzo wczesnie żeby jak najdluzej nacieszyc sie ostatnim dniem naszej okoloziemskiej podrozy. Wczoraj mielismy nadzieje ze pogoda sie poprawi – i tak tez sie stalo :-) . Przywital nas cieply, sloneczny dzien a temperatura dochodzila do 29st. Poniewaz konczacy nasza podroz lot z Rio de Janeiro do Londynu byl o 23.15, wiec mielismy caly dzien aby wygrzac sie troche na plazy:-). Szybko sie spakowalismy, oddalismy nasze plecaki do hostelowego depozytu i czym predzej udalismy sie na plaze. Pomimo ze bylo na niej mnostwo ludzi, to Copacabana jest na tyle duza ze nie bylo problemu ze znalezieniem miejsca. Rozlozylismy reczniki nad samym brzegiem oceanu i – po przywiazaniu wszystkiego co moglo by sie spodobac spacerujacym po plazy zlodzieja do siebie – zaczelismy sie rozkoszowac ostatnimi promieniami brazylijskiego slonca. Tak, tak z tym wiazaniem rzeczy do siebie to nie ma zartow – wystarczy na chwile cos sposcic z oka i juz tego nie ma. Zupelnie jakby wyparowalo od goraca :-) . I nie chodzi tylko o jakies drogie przedmioty jak telefony czy aparaty fotograficzne, zlodziejowi moze spodobac sie wszystko. Slyszelismy jak jednej dziewczynie zniknely stare klapki i musiala wracac do domu na bosaka :-) .

Na plazy poleniuchowalismy do poznego popoludnia, po czym poszlismy do hostelu, aby zabrac nasze plecaki i wziasc prysznic. Hostel opuscilismy chyba okolo 19.00 i miejskim autobusem pojechalismy na lotnisko. Odprawilismy sie, nadalismy nasze plecaki a urocza pani celniczka wbila nam ostatnia podczas tej podrozy pieczatke do paszportu. Z jednej strony bylo nam smutno ze to juz koniec egzotycznych przygod i za chwile wrocimy do rzeczywistosci ale z drugiej bylismy szczesliwi ze juz wkrotce zobaczymy naszych bliskich i zaczniemy kolejny rozdzial naszego zycia pt. Powrot do Polski. Pelni obaw jak wszystko sie pouklada a jednoczesnie nadziei ze wszystko bedzie dobrze, zajelismy miejsca w samolocie. Z chwila kiedy kapitan oderwal jego kola od plyty lotniska, my zamknelismy poludniowo amerykanski etap naszej podrozy. Do zobaczenia w Europie!

Filmik zamykajacy nasza podroz znajdziecie tutaj:

http://www.youtube.com/user/naszapodroz?feature=mhw5#p/u

lip
06

Sroda 23 czerwca – zwiedzany centrum

Dzis przywital nas deszczowy i pochmurny poranek. Pewnie sie dziwicie – jak to chmury i deszcz w Brazylii? No tak, mysmy zareagowali podobnie, ale nie zapominajmy ze teraz w Brazylii jest zima i pogoda czasami sprawia niespodzianki. Co prawda zimie brazylijskiej daleko do zim jakie znamy z Polski, bo temperatury zadko spadaja ponizej 20st. i przy odrobinie samozaparcia przez caly rok mozna sie kapac w oceanie atlantyckim. Dzisiaj byl jeden z tych dni gdy nie specjalnie jest co robic na plazy. Postanowilismy to wykorzystac i troche pozwiedzac centrum Rio de Janeiro. Do centrum dojechalismy metrem. I tutaj znowu dotknela nas refleksja jak wielka cywilizacyjna przepascia podzielone sa poludniowo amerykanskie kraje. W Chile i Brazylii mozna podrozowac w klimatyzowanych wagonach metra, kiedy w Peru oraz Boliwi zadko spotyka sie asfaltowe drogi – az trudno uwiezyc ze kraje te sa bliskimi sasiadami. Ale wrocmy do Rio, a wiec metrem dojechalismy do centrum, ktore jest niesamowita mieszanka nowoczesnosci i zabytkow. Pokrecilismy sie po okolicy, odwiedzajac co ciekawsze miejsca, miedzy innymi kilka okazalych budowli sakralnych, w tym Katedre Prezbiterialna oraz Katedre sw. Sebastiana, Biblioteke Narodowa oraz Teatr Miejski, ktory zbudowany zostal na wzor budynku paryskiej opery. Nasz miejski spacer zakonczylismy przy majestatycznym moscie w dzielnicy Lapa, skad wieczorem wrocilismy do naszego hostelu. To byl dlugi i meczacy dzien, mamy nadzieje ze jutro bedzie lepsza pogoda i ostatnie kilka godzin w Rio de Janeiro uda nam sie spedzic na plazy.

 Katedra Prezbiterialna

Katedra sw. Sebastiana

Biblioteka Narodowa

Teatr Miejski

Most w dzielnicy Lapa, z katedra sw. Sebastiana w tle

lip
05

Wtorek 22 czerwca – wycieczka po slumsach  

Dzisiaj wybralismy sie do jednej z brazylijskich dzielnic biedy nazywanych Favelami. Odwiedzilismy najwieksza brazylijska favele – Rocinha. Termin Favela w wielkim skrocie oznacza dzielnice zamieszkale przez najubozszych mieszkancow miasta, gdzie domy zbudowane sa z roznego typu materialow odpadowych – jakis strzepow blach, kartonow, betonowych plyt, foli, itp.. Domy budowane sa przewaznie na zboczach gor, jeden na drugim, co – kiedy patrzy sie na nie z daleka – tworzy wrazenie roznokolorowej mozaiki. Dzielnic tego typy w Brazyli jest mnostwo, w samym Rio de Janeiro około tysiaca. Organizacje zajmujace sie pomocy dla najubozszych szacuja ze około polowa populacji Rio de Janeiro mieszka w favelach. Charakterystyczna cecha faveli jest to, ze pomimo iż znajduja sie one w scislym centrum – lub ewentualnie na obrzezach – wszystkich duzych brazylijskich miast, sa calkowicie wyjete z pod prawa. Kontrole nad wszystkim sprawuja gangi produkujace na ich terenach narkotyki, a policja w obawie przed gangami nie zapuszcza sie na teren faveli. Czesto na ich terenach dochodzi rowniez do regularnych wojen narkotykowych o przejecie rynku. Zapowiada sie ciekawie, co? Poniewaz policja nie zapuszcza sie w te dzielnice, a jeśli już tam sie pojawia to tylko podczas nalotow na handlarzy narkotykow i to w wozach bojowych lub helikopterach a wszystkimi sprawami kieruja uzbrojeni bandyci, sami rozumiecie ze przebywanie w tym miejscu do najbezpieczniejszych nie należy. Niemniej jednak aby mieć pelny obraz jak Rio de Janeiro wyglada, dobrze jest sie do faveli wybrac – oczywiście nie samemu. Organizacje ktore pomagaja mieszkajacym tam ludzia (zapewniaja im edukacja, opieke medyczna i zywnosc), organizuja platne wycieczki na teren faveli, a dochod z nich przeznaczaja na realizacje swoich celow. Wejscie na teren faveli w zorganizowanej grupie prowadzonej przez przewodnika jest calkowicie bezpieczne. Mieszkancy wiedzac ze organizacje niosace im pomoc, mogą ja niesc w duzej mierze tylko dzieki turysta, sa do turystow nastawieni bardzo przyjaznie.   

Wycieczka zaczela sie calkiem normalnie. Z samego rana pod nasz hostel podjechal minibusik do ktorego wsiedlismy i pojechalismy w strone faveli. W minibusie przewodnik wyjasnil nam po krotce jak należy sie w favelach zachowywac. Generalnie jakisc specjalnych restrykcji nie było, jedyne przed czym przestrzegal to aby nie robic zdjec kiedy zobaczymy jakiegos maszerujacego z bronia dealera narkotykowego. Co generalnie wzielismy jako zart, bo przeciez w zadnym normalnym kraju nikt oficjlanie z bronia nie chodzi, a już napewno nie przestepcy. Przygody zaczely sie od momentu przyjazdu pod favele. Poniewaz domy w favelach budowane sa byle gdzie, z pogwalceniem wszystkich przepisow nie tyle budowlanych co zdrowo rozsadkowych, ulice czasami sa tak waskie ze uniemoliwiaja ruch samochodowy. Role lokalnego srodka transportu pelnia ‘taksowki-motocykle’. Jak to wyglada? Ano, na zwyklym motocyklu kierowca-taksowkarz przewozi jednego pasazera. My również mielismy okazje przejechac sie taka mototaxi. Nasz przewodnik zaprowadzil nas w miejsce gdzie znajdowal sie postoj motocykli, usadowil kazdego uczestnika wycieczki na jednym motocykli i wytlumaczyl kierowca gdzie maja nas dowiesc. Prawie przeciskalismy sie obok innych motocykli oraz ludzi. Pedzac w tym ludzko-motocyklowym tlumie czulismy sie jak bohaterowie filmu Miasto Boga – ktory swoja droga goraco polecam, gdyz w bardzo interesujacy sposob oddaje problemy zycia w brazyliijskiej faveli. Po kilkudziesieciu minutach dojechalismy do miejsca gdzie droga była za waska nawet na motocykl. Dalej można było isc tylko piechote. Nasza piesza wycieczka trwala okolo 3 godzin, w ciagu ktorych mielismy okazje zobaczyc jak toczy sie zycie w favelach.   

Choc moze zabrzmi to groteskowo – wycieczka byla super. No bo jak nazwac wycieczke po slamsach, gdzie zobaczyc mozna jedynie ludzka biede i niedole, jeszcze za o placac? Mamy jednak swiadomosc ze dzieki organizowaniu wycieczek, takich jak nasza, organizacje gromadza pieniadze na pomoc ich mieszkanca. Wycieczka byla bardzo interesujaca, glownie za sprawa naszego przewodnika, ktory na codzien pracujac z mieszkancami faveli i od podszewki znajac ich problemy, bardzo interesujaco opowiadal o zyciu faveli. Jedna z bardziej mrozacych krew w zylach historia opowiadala o tym, jak nie tak dawno dwoch policjantow patrolujacych po cywilu favele zostalo rozpoznanych i otoczonych przez uzbrojonych handlarzy narkotykow. Zanim zostali zaatakowani, zdazyli wezwac posilki. Poniewaz na teren faveli nie mozna wjechac samochodem, do ich odbicia wyslano helikopter z grupe antyterrorystyczna. Jak tylko helikopter pojawil sie nad favela zostal ostrzelany z broni maszynowej. Pilot – co prawda – sprowadzil plonaca maszyne na ziemie i udalo mu sie z niej wydostac, jednak reszta zalogi nie miala tyle szczescia – wszystcy wraz z helikopterem sploneli…  

Dobrze sie stalo ze udalo nam sie zwiedzic jedna z dzielnic biedy, bo gdybysmy jej nie zobaczyli, nasz obraz Rio de Janeiro, bylby calkowicie inny. Postrzegalibysmy miasto jedynie jako nowoczesna i bogata metropolie z przepiekna sloneczna plaza ciagnaca sie przez kilka kilometrow, wzdluz wybrzeza uslanego wysokimi, przeszklonymi hotelami. W rzeczywistosci Rio de Janeiro jest miastem wielkich kontrastwo, wysokie szklane biurowce stoja w scislym sasiedztwie slumsow. W miescie sa zarowno drogie i luksusowe samochody jak ludzie ktorzy caly swoj dobytek nosza w reklamowkach. Niezadko widzielismy eleganckie restauracje w sasiedztwie ktorych ktos spal w kartonie. Przepasc dzielaca bogatych i biednych jest ogromna i chyba wciaz sie powieksza…  

  

To zdjecie ze specjalna dedykacja dla mojego Ojca, chcialbys tam pracowac jako elektryk? :-)  

Nie moglem oprzec sie pokusie aby zrobic zdjecie jednemu z mieszkancow faveli…Po prostu byl piekny…Juz go chcialem pakowac do plecaka, ale uswiadomilem sobie ze moglby byc problem z przewiezieniem go w samolocie :-) .  

  

Ps. Jeszcze raz bardzo goraco polecam film pt. Miasto Boga, po ktorego obejrzeniu bedziecie mieli lepszy obraz jak to wszystko w favelach wyglada. (Mozna go nawet zobaczyc w kilku czesciach na youtube :-) ).

lip
04

Poniedzialek 21 czerwca – zmieniamy date lotu do Londynu

Dzisiaj postanowilismy, przedluzamy pobyt w Rio de Janeiro o kolejne dwa dni i przesuwamy ostatni lot naszej około ziemskiej petli do Londynu na 24 czerwca. Pierwotnie, jak wiecie mielismy leciec 19 czerwca, pozniej zmienilismy lot na 21 ale w koncu doszlismy do wniosku, ze skoro już tutaj jestesmy to zaszalejemy i pobedziemy dluzej :-) . I tym oto sposobem przesunelismy nasz lot na 24 czerwca. Dobrze ze firma z ktorej mamy wykupione nasze bilety lotnicze pozwala nam na bezplatne zmiany terminow lotow. Tak ze jeśli chodzi o to, to możemy ja z czystym sercem polecic – zreszta możemy ja polecic pod kazdym wzgledem bo jak do tej pory zadnych problemow z nia nie było. Zreszta to nie tylko nasza opinie, bo spotkalismy mnostwo osob podrozujacych dookoła swiata, którzy korzystaja z jej uslug i nie narzekaly.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.